0
Zaznacz stronę

E-book „Moja żałobna układanka”

Książek o miłości jest zatrzęsienie. Książek o żałobie jak na lekarstwo. O żałobie „się nie mówi”, o żałobie „się nie pisze”, o żałobie rzadko kiedy „się rozmawia”. Tymczasem ja napisałam książkę na temat żałoby po nagłej stracie miłości, o której to książce pierwszy czytelnik (i jednocześnie korektor) napisał: „Twój e-book to najpiękniejsza książka o MIŁOŚCI, jaką kiedykolwiek przeczytałem. Każda książka jest trochę o miłości (…). Twoja JEST miłością.” Niech moja osobista, bardzo intymna i pełna trudnych moment podróż i po MacGyverowemu posklejana wewnętrzna układanka będzie świadectwem tego, że da się to przeżyć, da się z tego „wyjść”. Nawet, jeśli wydaje nam się – tak jak mi wydawało się całe życie – że się nie da.

Wyczyść

Czym się różni wersja bezpłatna od płatnej?

Wstęp

(fragment rozdziału)

Wśród strachów, które towarzyszą mi całe życie, strachów, które znam jako te, które istniały we mnie od niepamiętnych czasów, jest strach przed utratą ukochanej najbliższej osoby. Potwornie się tego bałam. Kiedy aplikowałam sobie taką myśl jako dziecko, ściskało mi się gardło, w brzuchu robiła mi się bolesna wyrwa, skręcało mną i telepało, do oczu napływały łzy i chciało mi się wyć z bezradności. Na samą tylko myśl…! Przerażało mnie to. Tak koszmarnie się tego bałam. Co więcej: ta myśl była na tyle mocna, że uparcie powracała, najczęściej przed snem. Nie przyszła do mnie raz, nie pięć, nie dwadzieścia razy. Przychodziła, przychodziła i przychodziła. Wielokrotnie. Pamiętam, że jako dzieciak, a potem nastolatka, zapłakiwałam się nad tą wizją wieczorami. Cholera wie, czy ta myśl „przychodziła sama” z zewnątrz, czy ja ją wzbudzałam, ale wiem, że regularnie zalewałam się łzami i masochistycznie się nią karmiłam. Wypłakiwałam się, uspokajałam i zasypiałam.

Pierwszy był strach przed śmiercią mojej mamy. Wizja, że moja matka nagle umiera, a ja i brat zostajemy pod opieką naszego ojca – a właściwie ojczyma – alkoholika, nie dawała mi spokoju. Jawiło mi się to jako najgorsza sytuacja na świecie, w której zostanę pozostawiona sama sobie i nie będę wiedziała, jak żyć i co robić dalej. To była w moich oczach katastrofa, najokropniejsze, co może mi się przytrafić.

Wraz z dojrzewaniem, gdy coraz bardziej się autonomizowałam i oddzielałam od rodziny, słabł strach o śmierć osoby dotychczas mi najbliższej, czyli mamy. Za to zaczęłam się bać, że umrze mój chłopak. Nie konkretny chłopak, ale po prostu szeroko pojęty reprezentant instytucji chłopaka. Karmiłam się tym, wypłakiwałam hektolitry łez, łez – w zasadzie – nieznanego i niezrozumiałego pochodzenia. 

Gdybym miała uszeregować moje strachy w kolejności od największych, do najmniejszych, to utrata ukochanej osoby była zdecydowanie na pierwszym miejscu, ale towarzystwo ma doprawdy niczego sobie, bo moja lista odwiecznych strachów, uszeregowana według towarzyszącego im nasilenia emocjonalnego zawiera:

  1. bezsprzeczny lider, czyli wspominany już strach przed śmiercią najbliższej osoby,
  2. strach przed wypadkiem (np. samochodowym) i kalectwem będącym jego konsekwencją,
  3. posiadanie partnera alkoholika i obezwładniająca niemożność zakończenia patologicznego związku opartego na współuzależnieniu (przez lata byłam świadkiem takiego związku – małżeństwa moich rodziców, które na szczęście jest już zakończone),
  4. nagła utrata wzroku, która przy mojej wybitnie wizualnej pracy byłaby katastrofalna,
  5. urodzenie nieuleczalnie chorego i cierpiącego dziecka (albo dzieci),
  6. bycie świadkiem (co ciekawe – świadkiem, nie uczestnikiem) katastrofy lotniczej,
  7. niemożność posiadania potomstwa,
  8. powrót do domu, który zastaję w zgliszczach po pożarze.

 

Z tej całej zatrważającej gromady, to właśnie strach przed utratą ukochanego zawsze był we mnie najsilniejszy. Właśnie to opłakiwałam za młodu wieczorami. Pozostałych rzeczy się po prostu bałam, przychodziły do mnie raz na kilka miesięcy czy lat, ale nie w takim nasileniu, jak mój namber łan.

Kiedy miałam 31 lat mój największy lęk przeistoczył się w rzeczywistość, z którą przyszło mi realnie się zmierzyć.

Mój ukochany umarł naprawdę, a nie tylko w moich paranoicznych wyobrażeniach.

30 sierpnia 2017 roku w wypadku szybowcowym zginął Michał Trochimczyk, mój narzeczony i partner biznesowy. Stało się to tak, jak w przekazach ludzi, którzy stracili bliskich zupełnie nieoczekiwanie:

 

„Wyszedł z domu i już go nigdy więcej nie zobaczyłam.”

„Nie było nam dane się nigdy pożegnać.”

„Jeszcze po południu z nim rozmawiałam, a o 18:00 już nie żył!”

 

To nie była ani choroba, ani starość, która by nas mentalnie przygotowała na zbliżającą się śmierć. To był jeden z tych przypadków, kiedy śmierć przychodzi niewygodnie nagle, kompletnie znienacka. Nie było czasu na pożegnanie, bo nikt nie mógł wiedzieć, że to pożegnanie będzie na przepastnej i wypchanej po brzegi liście zadań na ten dzień.

Gdy tak się przez te wszystkie młodociane zapłakane wieczory katowałam wizją tego, że umiera najbliższa mi osoba, byłam przekonana, że to jest coś, czego nie da się znieść. Coś, z czego nie da się wyjść. Coś, po czym człowiek się nie podnosi, albo że podnoszenie zajmuje nieprzyzwoicie dużo czasu.  Tak dużo, że właściwie można powiedzieć, że marnuje swoje życie próbując wrócić do „normy”, a i tak nigdy nie wraca. Myślałam, że ja, tak krucha i wrażliwa osoba, za jaką zawsze się miałam, zostanę zmiażdżona i przywalona tak rozpaczliwie mocno, że będę zdolna tylko gapić się przed siebie bez celu i żyć w udręczeniu, smutku, cierpieniu i niepogodzeniu z tym, co mnie spotkało. Że z urodzonej optymistki, pogodnej, zakochanej w życiu, cieszącej się każdą małą pierdołą, zmienię się w rozgoryczonego i wiecznie przygnębionego, załamanego kościotrupa, będącego mglistym wspomnieniem tego, kim byłam.

Dziś, kiedy piszę te słowa, jest 21 maja 2019 roku, czyli niemal dwa lata od wypadku Michała. Moje życie wygląda dziś kompletnie inaczej niż w pierwszych tygodniach po jego śmierci. Samej jest mi trudno w to wszystko uwierzyć…! Że dałam radę. Że się nie rozpadłam na małe kawałeczki. Albo inaczej: rozpadłam się, roztrzaskałam się jak filiżanka zrzucona ze szczytu Burj Khalifa, najwyższego budynku na świecie… Rozpadłam się na małe, toksyczne, okaleczające się wzajemnie drobinki. Wręcz przestałam istnieć we wcześniejszej formie.

 

Po czym pozbierałam się i żyję dalej.

 

Mam wrażenie, że jestem jeszcze silniejsza, jeszcze weselsza, jeszcze bardziej wdzięczna za wszystko, co mi się w życiu przytrafiło i przytrafia. Czuję, że mam jeszcze bardziej pojemną, złożoną świadomość, że jestem jeszcze bardziej sobą. Że – w zależności od tego, czy wierzysz w przypadek czy w przeznaczenie – jestem jeszcze lepszą wersją tego, kim  m o g ł a m  lub  m i a ł a m  się stać.

Śmierć Michała to bez wątpienia najtrudniejsze wydarzenie, z jakim przyszło mi się kiedykolwiek zmierzyć. Żałoba to najczarniejszy okres mojego życia.

Jednak – jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało – dziś, z perspektywy czasu, jestem bardzo wdzięczna za to, czego się w jej trakcie i dzięki niej nauczyłam…

A jako że poza wrodzonym optymizmem i pogodą ducha, posiadam też naturalną potrzebę dzielenia się dobrem, postanowiłam się podzielić ze światem szczegółami mojego procesu żałoby.

(…)

Czym jest
ten e-book?

To  n i e  j e s t  poradnik, jak przeżyć żałobę.

To jest zestaw  m o i c h  nauk, patentów,  m o i c h  cichych, nieocenionych pomagierów,  m o i c h  metod, które przyczyniły się do  m o j e j  duchowej rekonwalescencji. Wierzę, jako wielka, niepoprawnie bezczelna optymistka, że mogą się przydać choćby garstce osób i to choćby nawet tylko w 7%. Bo może się okazać, że to właśnie o te 7% chodziło.

Dlatego podkreślam, że to nie jest poradnik. To jest raczej nieporadnik ;P To moja duchowa, żałobna układanka. To 20 elementów będących moimi (nie samo-, ale klaudiozwańczymi) pomocnikami, którzy to pomocnicy pomogli mi się posklejać do kupy.

Dla kogo jest
ten e-book?

Ten e-book jest  n i e  tylko dla osób obcujących z żałobą.

Oczywistym jest, że ktoś, kto przeżył, czy przeżywa obecnie stratę będzie w stanie bardziej się z tym utożsamić, ale nie chcę zawężać grona odbiorców, którzy mogą czerpać inspirację z tego dokumentu. Opisuję tutaj, co prawda,  m o j ą  ż a ł o b n ą  układankę, ale mam poczucie, że w tej publikacji zawarta jest dość uniwersalna mądrość, która może towarzyszyć nie tylko w trakcie żałoby po stracie ukochanego czy ukochanej. Dlatego wyobrażam sobie, że czytelnikami tego e-booka są nie tylko osoby, którym zmarli bliscy („żałobnicy”), albo bliscy tych, którzy obecnie przeżywają żałobę. To może być lektura niezależna od „kategorii” trudu, z jakim właśnie się mierzysz. Co więcej: wcale nie musisz obcować z jakimkolwiek trudem, możesz zwyczajnie chcieć zgłębić temat.

Dlatego – dodając element przewrotnego, charakterystycznego dla mnie (i często czarnego) humoru – nie czekaj, aż ktoś Ci umrze, żeby przeczytać tego e-booka 😉 Możesz go przeczytać zawsze w każdych okolicznościach życia, w żałobie czy w bezżałobiu, bez względu na to, co obecnie przytrafia Ci się w życiu.

Każdy człowiek umrze, a znakomita większość z nas, jeszcze zanim umrze, natknie się na temat śmierci. Choćbyśmy nie wiem, jak się starali zaklinać rzeczywistość niemyśleniem o śmierci, unikanie tego tematu nie spowoduje, że temat się cudownie zdematerializuje i rozmyje w powietrzu jak dym na szkolnych dyskotekach.

Opinie czytelników

E-book z jednej strony trudny, bo o śmierci. O śmierci osoby najbliższej. O śmierci, która choć odległa w przestrzeni i – coraz bardziej – w czasie, bardzo mnie poruszyła. Z drugiej strony, jest to e-book o miłości. A nawet więcej, jest to miłość ubrana w słowa. I ta mieszanka zaskakuje, wzbudza uśmiech, sprawia, że roni się łzę. Mieszanka, która stawia czoła tabu, jakim jest żałoba. I chyba nie wiem, co chcę więcej powiedzieć, oprócz tego, że już wkrótce będziecie mogli poczytać o żałobnej układance Klaudii. Zróbcie to. Prędzej czy później przyda się do skonfrontowania się ze stratą, ale może (na pewno) też zainspiruje do refleksji nad miłością i samej miłości.

Adam Gieniusz

Przykładowe strony

Znalazłam jednak mój symbol, mój najmojszy, który czułam całą sobą. Kupiłam czarną obrączkę, którą nosiłam razem z michałowym pierścionkiem zaręczynowym do momentu, kiedy wyraźnie poczułam, że pora temu zestawowi podziękować i oddelegować na emeryturę. Nosiłam obrączkę tak długo, jak JA tego potrzebowałam, a nie tak długo jak mówi „zwyczaj” czy członkowie plemienia JaWiemLepiej.

Klaudia Tolman

Już po odkryciu tej mantry na Spotify / YouTube mignęły mi jakieś komentarze użytkowników, że to taka „mantra totalna”, bardzo mocna, dla niektórych odpalająca tak potężną ilość emocji, że czasem to ludzi przeraża i nie potrafią tego przetworzyć. Mnie ona nie przerasta. Mnie ona bardzo czyści. Pokazuje mi, że jestem większym kawałkiem wszechogarniającej całości. I że w ogromie tej całości tkwią złoża wielkiej siły, z których mogę w pełni korzystać.

Klaudia Tolman

To był bardzo mocny moment, który uruchomił we mnie potężny, niepohamowany płacz… Bardzo, bardzo potrzebny płacz! Wyłam nieskończenie. Te słowa pozwoliły mi zrozumieć, że to, że nie ma już ze mną Michała, nie pozbawia mnie mojego uczucia miłości. Zarówno tej odczuwanej do niego, jak i tej bezwarunkowej miłości do życia samego w sobie. Miłość nie ma startu i nie ma początku. Ona jest zawsze w nas. To nie jest zasób czy złoże, które się może skończyć wraz z czyjąś śmiercią. Trwa. Jest.

Klaudia Tolman

Miłość sięga wszędzie. Tam, gdzie nie sięga rozum. Miłość jest wszędzie. Jest wszystkim. Jest początkiem wszystkiego. Jest hen w galaktykach, których jeszcze nie znamy.

Klaudia Tolman

Nie ma, do cholery, ani jednej rzeczy, której nie wypada Ci robić, kiedy jesteś w procesie żałoby! To TY jesteś w procesie, a nie społeczeństwo. Jeśli już używamy takiej absurdalnej lingwistyki, to właśnie społeczeństwu, kulturze i konwenansom nie wypada się mieszać w to, co przeżywasz i określać, CO, Z KIM, KIEDY, GDZIE, JAK i DLACZEGO będziesz przeżywać po stracie bliskiej osoby.

Klaudia Tolman

Bo jakby nie patrzeć, „zmieniałam właśnie skórę” (z ang.: shedding skins). Ze skóry: „Klaudia – wdówka przechodząca trudny i bolesny proces żałoby” …w skórę: „Klaudia gotowa na zamknięcie związku z Michałem i rozpoczęcie nowego”.

Klaudia Tolman

I wiem, że dla wielu zestawianie w jednym zdaniu żałoby z pojęciem dobra jest jak drapanie pazurem po tablicy - brzmi nieznośnie. No bo jak to? Co jest dobrego w żałobie? Nikt nie chce żałoby! (…) Paradoks polega jednak na tym, że ja przez calutki okres żałoby czułam, że dzieje się wokół mnie bardzo dużo dobra.

Klaudia Tolman

Zobacz moje wystąpienie, w którym nawiązuję do e-booka i wspominam nieco o genezie jego powstania oraz o znajdującej się w nim treści:

Co składa się na e-book?

  • 20 rozdziałów
  • 95 stron (a w wersji płatnej 120 stron, czyli o 25 stron więcej)
  • 17 skanów stron z mojego Cudownika (dziennika cudów codziennych) czyli rysunkowych zapisów moich dni z okresu żałoby (w wersji płatnej jest nie 17 dni, ale aż 60 dni i to właśnie ich obecność powoduje, że jedna wersja e-booka jest płatna)
Wyczyść

Czym się różni wersja bezpłatna od płatnej?

Czym się różni wersja bezpłatna od płatnej?

Po pierwsze:

Napisałam tą książkę po to, żeby jak najwięcej osób (niezależnie od statusu materialnego i zasobności portfela) mogła z niej skorzystać. Jest to moja forma oddania w świat tego całego dobra, jakie przyszło do mnie, kiedy bardzo tego dobra potrzebowałam zaraz po śmierci Michała.

Dlatego też pierwsze 95 stron obydwu wersji jest absolutnie identycznych – wersji bezpłatnej niczego nie brakuje.

Decydując się jednak na wersję płatną, dostajesz dostęp do 20 dodatkowych stron, które są kolekcją wszystkich dni z Cudownika, jakie narysowałam w okresie od śmierci Michała (30 sierpnia 2017) do 31 października 2017. Wersja płatna zatem daje Ci możliwość prześledzenia pierwszych dwóch miesięcy życia młodej wdówki. Te rysunki to swoista klamra, zwieńczenie i domknięcie 20 rozdziałów mojego e-booka. Pozwala przyjrzeć się często bardzo intymnym aspektom, o których nie wspominałam wprost na 95 stronach e-booka, ale które miały niemałe znaczenie w mojej żałobnej układance.

Po drugie:

Wiem też, że są osoby, które nie mogą zrozumieć, że efekty tak potężnego ogromu pracy, jaki włożyłam w napisanie tej książki, oddaję w świat zupełnie za darmo…

Jeśli należysz do tych osób i uważasz, że powinnam dostać wynagrodzenie za mój czasu, trud i ponad rok pracy nad tym plikiem, to skorzystaj z wersji płatnej. Jeśli jeszcze nie masz pewności, którą wersję chcesz (bo jeszcze jesteś przed przeczytaniem książki!), pobierz po prostu egzemplarz bezpłatny – może on Ci wystarczy? Jeśli będziesz mieć ochotę na więcej: zawsze możesz kupić wersję płatną. I – zawsze mi się to marzyło! – możesz dać mi napiwek przy finalizowaniu zamówienia z koszyka 😉 Albo po prostu pobierz egzemplarz bezpłatny, a kup inny pełnoprawny, niezwiązany z moją żałobą produkt w moim sklepie.

Jak widzisz, daję Ci DOBRO, i daję Ci WOLNOŚĆ co do tego, jak chcesz z tego dobra skorzystać. Zrób #poswojemu.

Dla odczytania E-booka konieczne będzie dysponowaniem przez Klienta programem umożliwiającym odczyt plików pdf, np. Adobe Reader.